Ernest Hemingway - Komu bije dzwon
Nienawidzę wyjazdów. Najpierw wybieranie rzeczy do spakowania przysparza mnie o spazmatyczne skurcze żołądka. Denerwuje mnie nieprzewidywalność pogody, a jeszcze bardziej próby błędnego przewidzenia jej, które skłaniają mnie do wybrania jednych rzeczy zamiast drugich. Samo pakowanie przynosi ból w skroniach i nerwowe pulsowanie w czaszce, a zazwyczaj także nieoczekiwany ból kręgosłupa - spowodowany tysiącem skłonów w kierunku torby. I wątpliwości. Miliony wątpliwości w podjęciu tych
życiowych wprost decyzji. Potem ostateczna próba zasunięcia zamka. No, może jeszcze dwie ostateczne próby... Tu następuje zazwyczaj zgrabny siad okrakiem na torbie i trzecia ostateczna próba kończy się sukcesem. A potem kiszki skręcają się na widok jednej małej, ale niezwykle istotnej rzeczy, której zapomniało się spakować.
W tym roku wrzuciłam sobie na tak zwany luz. Niektórzy stwierdziliby, że "dałam sobie siana". Założyłam, że szybkie decyzje są najlepsze i największą krzywdę zrobię sobie, próbując przedłożyć wartość koszulki niebieskiej nad wartość koszulki żółtej. W związku z czym chwyciłam po prostu to, co miałam ładnego i spakowałam!
Tak oto wynalazłam, a może raczej odnalazłam niezawodny sposób na dobre, mądre pakowanie.
Skoro i tak - jakkolwiek bym się nie starała i ile prognoz pogody bym nie przejrzała - połowa walizki się nie przyda, po co jakkolwiek to przeżywać?
Polecam! - Ola Je. ;)